Wraca do mnie obraz książki, która została napisana na długo przed chwilą, w której wzięliśmy ją do ręki. Nie wolno nam zajrzeć na koniec. Dostajemy tylko jedną stronę, potem następną, dlatego wszystko wydaje się nowe. Każde spotkanie. Każde odejście. Każdy wybór.
Tylko czy naprawdę wybieramy?
Lubię wierzyć, że mam wpływ na swoją przyszłość. Że mogę podjąć inną decyzję, skręcić, zawrócić, zacząć od początku. A jednak coraz trudniej uwolnić mi się od myśli, że wiele naszych decyzji zaczęło się wcześniej. Czasami przed naszym narodzeniem. Czasami w życiu kogoś, kogo nigdy nie poznamy.
Spis treści
Decyzje, które zaczęły się przed nami
Wystarczy, że jedna osoba postanowi zostać. Ktoś inny nie będzie wtedy musiał uczyć się życia po jej odejściu. Wystarczy, że ktoś nie odpowie na wiadomość, wybierze inne miasto albo spóźni się kilka minut. Dla niego to drobiazg. Dla obcego człowieka może to być początek historii, która potrwa wiele lat.
My pojawiamy się później i nazywamy własnym wyborem to, co stało się możliwe dzięki wyborom innych.
Nie wybieramy miejsca urodzenia ani ludzi, od których po raz pierwszy słyszymy, kim jesteśmy. Nie wybieramy tego, czy w domu miłość wyraża się słowami, troską, wymaganiem czy milczeniem. Kiedy przychodzi czas naszych decyzji, nie stoimy na pustej drodze. Ktoś wcześniej ustawił znaki, otworzył część przejść i zamknął pozostałe.
Możemy zdecydować, czy pójdziemy dalej. Nie mamy jednak pewności, czy kierunek, który uznajemy za własny, nie został wyznaczony wiele lat temu.
Wolność ma na sobie cudze ślady.
Najbardziej porusza mnie to, że wpływ innych osób nie kończy się wraz z ich odejściem. Jedno zdanie potrafi zostać w człowieku na całe życie. Czyjaś odmowa zmienia sposób, w jaki później prosimy. Czyjeś milczenie wraca, kiedy sami nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek, którego od dawna przy nas nie ma, nadal może uczestniczyć w wyborach, które uważamy za swoje.
Gdzie więc zaczyna się moja decyzja? W chwili, kiedy mówię „tak” albo „nie”? A może znacznie wcześniej, kiedy ktoś nauczył mnie, czego mam się bać, za czym tęsknić i co uznawać za miłość?
Rodzinne historie nie odchodzą razem z ludźmi
Nie znam wszystkich historii swoich przodków. Większości nigdy nie poznam. Zostały po nich nazwiska, pojedyncze fotografie, cudze opowieści i zachowania, których źródeł nikt już nie pamięta.
A jednak czasami zastanawiam się, czy ich wybory naprawdę się zakończyły.
Jeśli ojciec w trudnej chwili odchodził, czy jego syn również poczuje kiedyś ten sam przymus? Jeśli matka przez całe życie rezygnowała z siebie, czy córka rozpozna moment, w którym zacznie robić to samo? Jeśli babka trwała przy kimś z lęku przed samotnością, czy jej wnuczka pewnego dnia nazwie podobny lęk miłością?
Nie musi powtórzyć się miejsce ani osoba. Rodzinne historie rzadko wracają w tych samych ubraniach. Zmieniają twarze, miasta, powody. Zachowują jednak coś, co trudno pomylić: ten sam rodzaj napięcia, podobny gest, znajome milczenie w chwili, w której należało powiedzieć prawdę.
Taki wzór może czekać przez wiele lat. Nie działa bez przerwy. Potrzebuje odpowiednich warunków, jak nasiono, które leży w ziemi i nie zdradza, że nadal jest żywe. Dopiero określona osoba, strata, lęk albo pragnienie budzi zapis, którego istnienia nie byliśmy świadomi.
Jedni nazwą to pamięcią rodziny. Inni karmą rodu. Dla mnie najbardziej niepokojące jest co innego. W chwili, kiedy dawny wzór się budzi, czujemy, że podejmujemy własną decyzję. Nikt nie prowadzi naszej ręki. Nikt nie wypowiada słów za nas. A mimo to historia zna je już od pokoleń.
Ile razy człowiek może powtórzyć cudzy los, będąc przekonanym, że właśnie tak wybrał siebie?
Nie widzę w tym kary. Bardziej przypomina mi to niedokończone zdanie przechodzące z jednej osoby na następną. Każde pokolenie dopowiada kilka słów, lecz żadne nie pamięta początku. Być może nawet nie wie, że mówi dalej.
A jeśli nie jesteśmy motylem?
Według niektórych twierdzeń świadomie wpływamy jedynie na około 5 procent swoich decyzji. Reszta ma należeć do podświadomości, pola oraz wpływu innych ludzi. Nie wiem, czy pięć procent da się naprawdę odmierzyć. Ta liczba nie potrzebuje jednak pewności, aby niepokoić.
Jeżeli jest w niej choć trochę prawdy, znaczna część naszego życia wydarza się poza miejscem, które nazywamy własną wolą.
Podświadomość przechowuje to, czego nie pamiętamy lub nie chcemy pamiętać. Pole wyobrażam sobie jako przestrzeń, w której spotykają się cudze pragnienia, obawy i wybory. Każdy porusza jakąś nić. Czasem drżenie dociera do nas z tak daleka, że uznajemy je za własny impuls.
Z efektem motyla kojarzy się drobny ruch, którego konsekwencje pojawiają się daleko od początku. Zawsze myślimy o sobie jak o tym motylu. To nasze skrzydła mają poruszyć powietrze. To nasza niewielka decyzja ma kiedyś zmienić czyjś świat.
A jeśli częściej jesteśmy miejscem, do którego dotarł ruch cudzych skrzydeł?
Ktoś przed laty odwołał podróż i nie spotkał osoby, którą miał spotkać. Poznał inną. Powstała inna rodzina, urodziły się inne dzieci, a po kilku dekadach jedna z tych osób stanęła na naszej drodze. Dla pierwszego człowieka wszystko zaczęło się od niewykorzystanego biletu. Dla nas mogło oznaczać całe życie.
Nie zobaczymy początku większości zdarzeń, które nas ukształtowały. Wchodzimy w nie w połowie, jak widz spóźniony na film. Próbujemy zrozumieć fabułę po kilku scenach i jeszcze wierzymy, że to od nas zależy zakończenie.
Być może nasze pięć procent znajduje się właśnie tutaj. Nie w wyborze tego, co się wydarzy, lecz w próbie odczytania, dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu. Tylko czy sposób odczytania także nie został zapisany wcześniej?
Czy kartki naprawdę są puste?
Mówi się, że życie jest książką, którą piszemy każdego dnia. Długo podobała mi się ta myśl. Jest w niej obietnica, że zawsze można rozpocząć nowy rozdział, skreślić złe zdanie i nadać historii inny kierunek.
Dzisiaj bliższy jest mi inny obraz.
Życie jest książką napisaną dawno temu, ale czytamy ją po jednej stronie. Nie znamy kolejnego zdania, dlatego przeżywamy je tak, jakby właśnie powstawało. Bohater powieści również nie wie, co zrobi za pięćdziesiąt stron. Kocha, odchodzi, popełnia błąd, wraca. Dla niego przyszłość pozostaje otwarta. Tylko książka jest już skończona.
Nie wiem, kto miałby być jej autorem. Los? Dusza? Pole? Bóg? My sami przed przyjściem na świat? Każda odpowiedź otwiera następną tajemnicę, a żadna nie pozwala zajrzeć na ostatnią stronę.
Być może dlatego tak mocno potrzebujemy wierzyć w wybór. Gdybyśmy znali całą opowieść, żadne spotkanie nie byłoby spotkaniem, żadna strata nie bolałaby po raz pierwszy, a nadzieja nie miałaby dokąd prowadzić. Niewiedza pozwala nam przeżyć zapisane wydarzenia jak coś, co dopiero się rodzi.
A nasze decyzje?
Może są słowami, które bohater musi wypowiedzieć, aby historia mogła iść dalej. Może są miejscami pozostawionymi dla nas przez autora. Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Wiem tylko, że im dłużej patrzę wstecz, tym więcej widzę zdarzeń, które musiały ułożyć się dokładnie tak, aby doprowadzić do następnych, tych znanych.
Jedna osoba musiała zostać. Inna odejść. Ktoś musiał powtórzyć historię swojej matki, a ktoś przerwać ją w chwili, której również nie wybrał przypadkowo. Czyjeś skrzydła musiały poruszyć powietrze, zanim poczuliśmy pierwszy podmuch, nawet jeśli pochodził z drugiej stronu ziemi…
Życie jest już napisaną książką. My tylko ją odczytujemy i przewracamy kolejne kartki. Być może cała sztuka nie polega na zmianie historii, lecz na jej właściwym odczytaniu.
Tylko skąd mamy wiedzieć, że czytamy ją właściwie?




