Kogo widzą umierający? O trzeciej w nocy czasami przy łóżku stoi ktoś jeszcze…

Ewa zapytała mnie, czy odwróciłabym się od razu, gdyby leżący przede mną pacjent powiedział, że ktoś stoi za moimi plecami.

Chciałam odpowiedzieć, że tak. Że najpierw sprawdziłabym drzwi, potem korytarz, a dopiero później pozwoliła sobie na strach. Zanim jednak zdążyłam się odezwać, dodała, że ona przez chwilę nie mogła ruszyć głową.

Znamy się od kilkunastu lat. Poznałyśmy się u wspólnej znajomej i od tamtej pory spotykałyśmy się raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze miałyśmy o czym rozmawiać. Ewa od 17 lat jest pielęgniarką paliatywną. Pracowała w różnych szpitalach, na różnych oddziałach i z różnymi zespołami.

O pacjentach zawsze mówi ciepło, ale konkretnie. Pamięta ich drobne przyzwyczajenia, potrafi powtórzyć zdanie, które usłyszała wiele lat wcześniej.

Kilka dni przed naszym spotkaniem zadzwoniła z pytaniem, czy mam dla niej wolne popołudnie. Przyszła do mnie od razu po dyżurze. Z początku rozmawiałyśmy zwyczajnie, ale zauważyłam, że co chwilę urywa zdanie, jakby chciała przejść do czegoś innego. Dopiero kiedy usiadłyśmy z herbatą, zapytała wprost.

Lilka, ty się zajmujesz tymi astralnymi sprawami. Powiedz mi, co o tym myślisz. Bo ja wracam do tej nocy i ciągle nie wiem, dlaczego tak się zachowałam.

Ewa ma własny obraz świata. Ziemię umieszcza w jego centrum, a niebo wyobraża sobie jako otaczające ją sklepienie. Różnimy się w tym, ale nigdy nie przeszkadzało nam to rozmawiać. O zmarłych mówiła wcześniej, że mają swoje miejsce, a my swoje. Teraz przyszła zapytać, co się dzieje, kiedy ktoś przy szpitalnym łóżku zachowuje się tak, jakby ta granica w ogóle nie istniała.

Zaczęła od starszego mężczyzny, który czekał na córkę. Dopiero później zrozumiałam, że ta jedna noc przypomniała jej inne dyżury, także te z wcześniejszych miejsc pracy. Rozmowa o tym, kogo widzą umierający, zajęła nam resztę popołudnia.

O trzeciej nadal trzeba poprawić koc

Tej nocy Ewa miała tylko jedno życzenie. Usiąść na dziesięć minut i wypić herbatę, zanim całkiem wystygnie. Przed trzecią zajrzała jeszcze do starszego mężczyzny leżącego pod oknem. Koc zsunął mu się ze stóp. Próbował przyciągnąć go do siebie, ale za każdym razem łapał prześcieradło.

Pomogła mu i usłyszała, że w domu miał porządny wełniany pled. Ten szpitalny był za krótki, za cienki i w ogóle do niczego. Poprosił, żeby przy następnej rozmowie przypomniała córce o tamtym pledzie. Zaraz potem wspomniał o kluczach zostawionych w kieszeni kurtki. Córka miała zajrzeć do mieszkania, podlać kwiaty, sprawdzić kran w kuchni, bo ostatnio kapał.

Ewa słuchała, wsuwając brzeg koca pod jego pięty. Wolała rozmawiać o mieszkaniu, bo od wieczora czuła, że pacjent chce zapytać o coś jeszcze. Czy kiedykolwiek do niego wróci.

Wtedy poprosił, żeby przesunęła się trochę w lewo.

Bo pani zasłania.

Sądziła, że chodzi o zegar. Odsunęła się, lecz mężczyzna nadal patrzył w stronę drzwi. Uniósł dłoń o kilka centymetrów, jakby dawał komuś znak, że go zauważył.

Niech wejdzie. Po co tak stoi?!

Ewa trzymała jeszcze koniec koca. Dopiero po chwili puściła materiał i obejrzała się za siebie. Drzwi były uchylone, na korytarzu paliło się światło. Nikogo, ani żywej duszy.

Kiedy ponownie spojrzała na pacjenta, zobaczyła na jego twarzy zniecierpliwienie. Chciał, żeby zrobiła miejsce. Dla niego to ona utrudniała zupełnie zwyczajną wizytę.

Zapytałam Ewę, czy przed tą prośbą mówił coś jeszcze, co ją zaniepokoiło. Pokręciła głową. Opowiadał o mieszkaniu, złościł się na koc, próbował dopilnować spraw, które zostawił w domu.

Właśnie ta zwyczajność mnie niepokoiła. Pacjent mówił o kapiącym kranie i o kimś stojącym w drzwiach z taką samą pewnością. Czekał na córkę, pamiętał o swoim mieszkaniu, a jednocześnie widział gościa, któremu należało zrobić miejsce. To Ewa musiała sprawdzić, czy ktoś tam jest. On przecież wiedział, kogo widzi.

Dla jednego puste drzwi, dla drugiego znajoma twarz

Mężczyzna nie wypowiedział imienia przybysza, ale mówił o nim jak o kimś dobrze znanym. Kiedy Ewa zapytała, kogo widzi, przez chwilę wpatrywał się w drzwi. Potem powiedział, że ten pan musi być prosto z dworu. Otrzepuje rękawy. Zawsze tak robił przed zdjęciem płaszcza, bo żona nie pozwalała mu nanosić wody do przedpokoju.

Pielęgniarka odruchowo zerknęła na podłogę. Była sucha.

Pacjent uśmiechnął się lekko i znów uniósł rękę. Tym razem gest był niemal poufały, jak przy spotkaniu po dłuższym niewidzeniu. Ewa miała ochotę zapalić górne światło, ale nie chciała budzić pozostałych chorych. Wyprostowała więc róg poduszki i spytała, czy czegoś potrzebuje.

Pacjent odparł. Nie teraz. Córka jeszcze nie przyszła.

Myślisz, że on wiedział, po co tamten przyszedł? spytała Ewa.

Myślę, że chciał jeszcze zobaczyć córkę, zanim z nim pójdzie.

O gościu mówił jak o znajomym. O córce jak o kimś, kogo trzeba jeszcze zobaczyć przed wyjściem. Jakby oba spotkania należały do jednego porządku, a on musiał tylko dopilnować kolejności. Ewa przez chwilę milczała.

Właśnie dlatego do niej zadzwoniłam. Poprosiłam, żeby przyjechała najszybciej jak to możliwe.

Zapytałam, czy powiedziała pacjentowi, że nikogo nie ma. Nie powiedziała. Sprawdziła drzwi, ale nie chciała się z nim spierać. On był spokojny, a jej robiło się zimno między łopatkami.

Jemu chciało się rozmawiać. Ja chciałam stamtąd wyjść.

Kto przychodzi, kiedy kończy się życie?

Nie był to pierwszy pacjent Ewy, który widział w sali kogoś niewidocznego dla niej. Wspomniała kobietę zwracającą się do miejsca przy oknie, gdzie nikt nie stał, i mężczyznę, który prosił, żeby zostawić otwarte drzwi, bo czeka na brata. Dopiero od rodziny dowiedziała się, że brat od dawna nie żyje.

Przez siedemnaście lat trochę się tego nazbierało. Tylko zwykle kończysz dyżur i wracasz do domu. Nie siedzisz potem i nie układasz tego wszystkiego.

Myślisz, że to zmarli przychodzą po swoich? – spytała.

Ta myśl jest mi bliska. Że tam też możemy kogoś rozpoznać. Tylko nie każdą postać nazwałabym od razu kimś bliskim.

Zauważam, jak szybko chcemy nazwać tę obecność. Jeśli uspokaja, dostaje twarz bliskiej osoby albo anioła. Jeśli budzi przerażenie, nazywamy ją śmiercią, cieniem, czymś złym, diabłem. Nazwa daje ulgę temu, kto słucha. Można odłożyć opowieść na właściwą półkę i wrócić do dnia, w którym drzwi otwierają wyłącznie żywi.

Ja nie chcę tak szybko jej odkładać. Wracam do gestu otrzepywania rękawów, bo jest zbyt zwyczajny, żeby pasował do wielkiego widowiska o końcu życia. Przypomina wejście do domu. Ktoś przez lata słyszał, żeby uważał na podłogę, i nadal o tym pamięta.

Taka obecność wydaje mi się bardziej przejmująca niż postać w czerni. Gdybym miała kiedyś kogoś rozpoznać, rozpoznałabym go po drobiazgu. Po sposobie opierania dłoni na oparciu krzesła, po chrząknięciu przed pierwszym słowem, po niecierpliwym poprawianiu mankietu. Po latach trudno odtworzyć każdy szczegół twarzy, a jednak wystarczy jeden znajomy ruch, żeby natychmiast wiedzieć, kogo mamy przed sobą.

Ewa słuchała, obracając kubek w dłoniach. Potem przypomniała, że nie wszyscy jej pacjenci witali tych gości z ulgą.

Nie każdy chce, żeby go zabrano

Opowiedziała o chorej, która chwyciła ją za rękę i prosiła, żeby nie zostawiała jej z tymi ludźmi. Ewa zapytała, kogo ma na myśli. Kobieta wskazała miejsce za jej plecami, a potem drugą stronę łóżka. Pielęgniarka nie widziała nikogo, lecz czuła, jak mocno zaciskają się na jej ręce palce.

Zostałam przy niej. Co miałam zrobić? Mówić, że niczego nie widzę, skoro już jej to powiedziałam?

Z tamtego dyżuru pamiętała przede wszystkim uścisk i to, że kiedy próbowała wstać, pacjentka nie chciała puścić jej dłoni.

Spokój mężczyzny czekającego na córkę i strach tej kobiety nie dawały się pogodzić z zapewnieniem, że na każdego czeka znajoma twarz i łagodne przejście na tamten świat. Jednemu wystarczało zostawić krzesło. Przy drugiej trzeba było usiąść i pozwolić jej trzymać się za rękę tak długo, jak tego potrzebowała.

Nie zgadzam się na osądzanie pacjenta na podstawie tego, czego bał się przed śmiercią. Okrutnie łatwo uznać, że po przerażonego chorego przyszła kara. Wystarczy kilka jego zdań, żeby obca osoba zaczęła osądzać całe życie, którego nie znała. Ja w takim uścisku dłoni widzę przede wszystkim prośbę, żeby jeszcze nie odchodzić od łóżka.

Słuchałam jej w swoim mieszkaniu, wiedząc, że za chwilę mogę wstać, dolać herbaty, otworzyć okno. Ta swoboda zaczęła mi ciążyć. Ewa mogła przejść do dyżurki. Starszy mężczyzna zostawał w sali. Jeśli ktoś nadal stał przy jego drzwiach, pozostawał z nim również wtedy, gdy pielęgniarka wychodziła.

Ta nierówność nie daje mi spokoju. Ja mogłam szukać słów i znaczeń przy własnym stole. Ona musiała zdecydować, czy zostanie przy łóżku, a pacjent nie miał dokąd odejść od tego, co widział.

O trzeciej trudniej odwrócić głowę

Zapytałam Ewę, dlaczego tak dobrze zapamiętała godzinę. Po wyjściu z tamtej sali odruchowo spojrzała na zegar. Trzecia nad ranem. Pamiętała ją równie wyraźnie jak słowa pacjenta. Podobne rozmowy zdarzały jej się o różnych porach nocy, ale ta jedna nie dawała jej spokoju.

W dzień wchodzi rodzina, ktoś pyta o obiad, na korytarzu ciągle coś się dzieje. W nocy jesteś na dyżurce, albo przy łóżku i słyszysz każde słowo. A potem sama musisz przejść tym niedoświetlonym korytarzem.

Teraz rozumiałam, dlaczego zaczęła od pytania o odwracanie głowy. W szpitalu znała drogę do każdego pomieszczenia, wiedziała, które drzwi skrzypią i gdzie zapala się światło. A jednak w tej dobrze znanej sali przez chwilę bała się obejrzeć za siebie.

Podczas jednego z wcześniejszych dyżurów pracowała z koleżanką, z którą znały się od lat. W pobliżu pustego łóżka dostrzegła ciemny kształt, ale kiedy spojrzała uważniej, niczego nie było. Nie odezwała się, bo sama nie wiedziała, co zobaczyła. Kilka dni później koleżanka opisała jej podobną sylwetkę w tym samym miejscu.

Gdyby nie ona, pewnie bym do tego nie wracała. Ale zaczęła o tym mówić, zanim ja cokolwiek powiedziałam.

Zapytałam, czy potem jeszcze widywały tę postać. Pokręciła głową. Przez następne miesiące pracowały razem i żadna nie wspomniała o kolejnym takim zdarzeniu. Pamiętały jednak tamten dyżur i miejsce, które obie wskazały niezależnie od siebie.

A on dalej tam patrzył? Ten pan, który czekał na córkę?

Ewa skinęła głową. Zapaliła mu małą lampkę nad łóżkiem i podała wodę. Kiedy odstawiła kubek, mężczyzna znów spojrzał ku wejściu. Powtórzył ciszej, że trzeba zaczekać na córkę. Mówił do kogoś przy drzwiach. Ewa poczuła ulgę dopiero wtedy, gdy usłyszała na korytarzu kroki i pytanie o numer sali.

Drugiego krzesła proszę nie zabierać

Córka weszła z niedopiętą kurtką i telefonem w dłoni. Ewa przysunęła jej krzesło. Kobieta usiadła blisko ojca, ujęła jego rękę i zaczęła opowiadać, że w mieszkaniu wszystko jest w porządku. Klucze znalazła. Kran sprawdziła. Kwiaty też podlała, chociaż według niej wcale jeszcze nie potrzebowały wody.

Mężczyzna słuchał z zamkniętymi oczami. Kiedy córka wspomniała o pledzie, poruszył dłonią, jakby chciał powiedzieć, że teraz to już nieważne. Została przy nim. Telefon schowała do kieszeni.

Pod ścianą stało jeszcze jedno krzesło, zostawione po wcześniejszych odwiedzinach. Ewa chwyciła za oparcie, żeby odsunąć je od przejścia. Wtedy pacjent otworzył oczy.

Tego proszę nie zabierać. On też usiądzie.

Pielęgniarka cofnęła rękę. Córka spojrzała na nią pytająco, ale nie odezwała się ani słowem. Przez chwilę obie patrzyły na puste siedzisko. Potem córka wróciła do opowiadania o domu.

Ewa zostawiła krzesło i wyszła na korytarz. Odwróciła się dopiero przy drzwiach. Córka siedziała po jednej stronie łóżka, drugie krzesło stało po przeciwnej.

Rozumiesz teraz? zapytała mnie. Nie widziałam nikogo. A zostawiłam mu miejsce.

Ale ty myślisz, że ktoś tam był?

Tak. Myślę, że umierając, możemy widzieć kogoś, kogo inni przy nas nie dostrzegają.

Pacjent czekał na kogoś, potem rozmawiał z córką, jakby oba spotkania były równie naturalne. Nie musiał wybierać, która z tych osób jest dla niego rzeczywista. Obie były tak samo prawdziwą częścią jego ostatniej nocy.

Nieraz zostawiałam coś przy łóżku, bo pacjent tak chciał. Potem nawet tego nie pamiętałam. A tu miałam wrażenie, że komuś zabieram krzesło, zanim zdążył usiąść.

Zapytałam, co stało się z mężczyzną. Zmarł rano. Córka została przy nim do końca. Ewa nie usłyszała już od niego niczego o gościu w drzwiach. Nie wiedziała też, czy rozmawiał o nim później z córką.

Pod koniec spotkania Ewa wróciła do pytania, które zadała mi na początku. Czy odwróciłabym się od razu.

Nie wiem, Ewa. Naprawdę nie wiem.

Przy własnym stole łatwo było mi wyobrażać sobie spokojną reakcję, ale przez całe popołudnie słuchałam pielęgniarki z ogromnym doświadczeniem, której ten jeden moment nie dawał spokoju od kilku dni.

Ewa dopiła herbatę.

Teraz, jak mam odsunąć krzesło przy pacjencie, najpierw na nie patrzę. Tak, wiem, jak to brzmi.

Nie próbowałam jej przekonywać, że powinna przestać.

Kiedy Ewa wyszła, wróciłam do chwili, w której pacjent prosił, żeby zaczekać na córkę. Dotąd słyszałam w tym przede wszystkim przywiązanie do życia. Teraz zastanawiałam się, czy równie ważne było dla niego to drugie spotkanie. Córka dopiero jechała. Ktoś inny już czekał.

Gdyby w tamtych drzwiach stanął ktoś, za kim tęsknię od lat, czy sama prosiłabym jeszcze, żeby zaczekał?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *