Ostatnie słowa, które nie brzmiały jak pożegnanie. Czy przeczuwamy własną śmierć?

Do dziś wracają do mnie dwa pytania.

W chwili, w której je usłyszałam, nie łączyło ich nic. Każde padło w innym miejscu, z ust innej osoby i w zupełnie zwyczajnej rozmowie. Przyjęłam je tak, jak przyjmuje się słowa, których prawdziwego ciężaru jeszcze się nie zna.

Dopiero później oba zaczęły brzmieć inaczej.

Są zdania, które rozumiemy od razu. Są też takie, które przez krótki czas pozostają niewinne, a potem jedno wydarzenie zmienia je na zawsze. Wracają z innym tonem, jakby od początku kryło się w nich coś, czego nie umieliśmy usłyszeć.

Czy naprawdę można przeczuć, że coś się kończy, zanim świat pokaże nam dlaczego?

Czy my się jeszcze spotkamy?

Przeprowadzałam się wtedy do nowego mieszkania. Nie wyjeżdżałam do innego miasta ani na drugi koniec kraju. Przenosiłam się tylko do sąsiedniej dzielnicy, wystarczająco blisko, żeby nadal się odwiedzać i spotykać bez długich przygotowań.

Kiedy żegnałam się z Martą, zapytała mnie w dość smutny sposób, czy my się jeszcze spotkamy. Samo pytanie zabrzmiało poważniej, niż powinno przy przeprowadzce zaledwie do sąsiedniej dzielnicy.

Trochę mnie zdziwiło. Odpowiedziałam, że oczywiście. Przecież nie wyprowadzam się na inną planetę. Znasz mój adres, zawsze możesz do mnie przyjechać.

Przytuliłam ją i powiedziałam: Trzymaj się, kochana. Do zobaczenia.

Wsiadłam do samochodu i odjechałam z poczuciem, jakbym czegoś zapomniała. Nie potrafiłam powiedzieć czego. Jakby w tej rozmowie zostało coś niedokończonego, chociaż zakończyłam ją najzwyklejszą obietnicą kolejnego spotkania.

Dwa dni później zadzwonił telefon. Dzwoniła nasza wspólna znajoma. Kiedy powiedziała, że Marta nie żyje, przez chwilę te słowa nie miały dla mnie sensu. Przecież dopiero co ją przytulałam. Przecież powiedziałam jej do zobaczenia.

Marta jechała samochodem, inny kierowca wymusił pierwszeństwo. Doszło do wypadku. W wyniku zderzenia uderzyła głową. Obrażenia okazały się śmiertelne.

Jej pytanie natychmiast zmieniło znaczenie. Nie dotyczyło już przeprowadzki, odległości ani tego, czy znajdziemy dla siebie wolne popołudnie. Stało się pożegnaniem, którego wtedy nie rozpoznałam.

Zostały mi słowa do zobaczenia. Wypowiedziałam je z całkowitą pewnością, bo przecież wszystko wskazywało na to, że jeszcze wiele razy będziemy miały się spotkać. Nowe mieszkanie miało swój adres. Marta mogła przyjechać. Ja mogłam pojechać do niej.

Nie wiedziałyśmy, że w naszej rozmowie istniał już inny kierunek. Droga, na której decyzja innego człowieka miała odebrać nam wszystkie następne spotkania.

Cudze decyzje wchodzą w nasze życie

Wymuszenie pierwszeństwa trwało chwilę. Tyle wystarczyło, żeby zachowanie innego kierowcy odebrało Marcie wszystkie plany, nasze następne spotkania. Jedno zdarzenie rozeszło się dalej. Dotknęło jej bliskich i zmieniło znaczenie słów, które zdążyła do mnie powiedzieć.

Myśląc o efekcie motyla, chętnie wyobrażamy sobie siebie jako motyla. To ruch naszych skrzydeł ma poruszyć powietrze i dotrzeć kiedyś do odległego miejsca. Rzadziej myślimy o sobie jako o miejscu, do którego dociera ruch cudzych skrzydeł.

Być może wszyscy żyjemy połączeni niewidzialnymi nićmi. Nie widzimy, kto poruszył jedną z nich daleko od nas. Czujemy dopiero drżenie, kiedy dociera do naszego życia. Czasami jest tak słabe, że nawet go nie zauważamy. Innym razem zrywa wszystko, co miało wydarzyć się później.

Czy Marta czuła takie drżenie? Czy dlatego zapytała, czy jeszcze się spotkamy? Nie mogła wiedzieć, że ktoś wymusi pierwszeństwo. Może jednak czuła smutek, dla którego nie znajdowała przyczyny. Jakby jakaś część niej wiedziała już, że mój nowy adres nigdy nie stanie się miejscem naszych wspólnych rozmów.

Przyszłabyś na mój pogrzeb?

Druga historia wydarzyła się, kiedy miałam 24 lata. Odwiedziłam znajomego w dziekanacie. Rozmowa toczyła się normalnie. Nic nie zapowiadało, że zapamiętam ją na całe życie.

Nagle zapytał mnie, czy przyszłabym na jego pogrzeb?

Zamurowało mnie. Stanęłam jak słup soli i przez chwilę nie wiedziałam, co właściwie usłyszałam.

Takie pytanie nie pasowało do zwyczajnego dnia na uczelni. Brzmiało jak wyrwana kartka z innej historii, przypadkowo wsunięta pomiędzy nasze codzienne sprawy.

Roześmiałam się. Odpowiedziałam, że nie przyjdę.

Pożegnaliśmy się. Wracając do domu, szłam przez park i zastanawiałam się, o co mogło mu chodzić. Nie zdążyłam już zapytać.

Jeszcze tego samego wieczoru zadzwonił telefon. Dzwoniła jego mama. Powiedziała, że jej syn nie żyje. Kiedy wracał pieszo do domu, potrącił go pijany kierowca.

Kilka godzin wcześniej stałam przed nim w dziekanacie, nie rozumiejąc, dlaczego pyta o własny pogrzeb. Teraz było to jedyne zdanie z naszej rozmowy, które potrafiłam usłyszeć.

Tym razem między pytaniem a wiadomością o śmierci nie minęły nawet dwa dni. Minęło zaledwie kilka godzin.

Znów czyjaś decyzja przecięła życie osoby, z którą dopiero co rozmawiałam. Mój znajomy nie mógł wiedzieć, że na jego drodze znajdzie się pijany kierowca. Nie znał miejsca ani chwili tego spotkania. A jednak przed wyjściem zapytał mnie właśnie o swój pogrzeb.

Nie o to, czy zobaczymy się jutro. Nie o to, czy jeszcze kiedyś odwiedzę go w dziekanacie. Zapytał, czy przyjdę pożegnać go wtedy, kiedy jego już nie będzie.

Dwa pytania, do których życie dopisało odpowiedź

Pierwsze pytanie było ukryte w zwyczajnym smutku. Można je było wytłumaczyć przeprowadzką i obawą, że znajomość osłabnie. Drugie padło wprost. Nie zostawiało miejsca na pomyłkę, a mimo to wydawało się tak niepasujące do chwili, że nie potrafiłam potraktować go jak zapowiedzi.

Gdyby nic się nie wydarzyło, prawdopodobnie oba zdania zniknęłyby pośród setek rozmów, których już nie pamiętam. Marta odwiedziłaby mnie w nowym mieszkaniu. Znajomy wróciłby kolejnego dnia na uczelnię. Jedno pytanie uznałabym za chwilę smutku, drugie za osobliwy żart albo nagłą, ponurą myśl.

Stało się inaczej.

Po obu rozmowach zadzwonił telefon. Za pierwszym razem usłyszałam głos wspólnej znajomej. Za drugim głos zrozpaczonej matki. Dopiero wiadomość o śmierci sprawiła, że wcześniejsze słowa ułożyły się w pożegnania.

Czy ich sens naprawdę znajdował się w nich od początku?

A może dopisałam go później, ponieważ znałam już zakończenie?

To pytanie byłoby prostsze, gdyby to wydarzyło się tylko raz. Dwie tak podobne historie nie pozwalają mi jednak odłożyć go na zawsze.

W żadnej z tych rozmów nie pojawiło się ostrzeżenie przed konkretnym zdarzeniem. Marta nie mówiła o wypadku ani samochodzie. Mój znajomy nie wspomniał o drodze do domu. Oboje mówili tylko o tym, czy zobaczymy się jeszcze raz.

Czy właśnie tak wygląda przeczucie śmierci?

Może nie przypomina wizji przyszłości? Nie pokazuje miejsca, daty ani twarzy człowieka, którego decyzja zmieni wszystko.

Może jest jedynie nagłym poczuciem końca?

Smutkiem pojawiającym się bez powodu. Potrzebą zadania pytania, które nie pasuje do rozmowy, a po kilku dniach okazuje się jej najważniejszym zdaniem.

Czy czujemy ruch niewidzialnej nici?

Trudno mi uwierzyć, że żyjemy całkowicie oddzieleni. Nasze drogi przecinają się nie tylko z drogami bliskich osób. Wpływają na nas ludzie, których imion nigdy nie poznamy. Ktoś podejmuje decyzję w samochodzie, a jej skutek dociera do mnie pod postacią telefonu…

Każdy porusza jakąś nić. Jedne łączą nas na wiele lat. Inne tylko na kilka tragicznych sekund. Większości nie widzimy, dopóki czyjś ruch nie zmieni kierunku naszego życia.

Nie wiem, czy można poczuć własną śmierć. Zastanawiam się jednak, czy czasami wyczuwamy, że niewidzialna nić łącząca nas z przyszłością zaczyna drżeć. Nie znamy przyczyny. Nie wiemy, kto znajduje się na jej drugim końcu. Pojawia się tylko niepokój i potrzeba powiedzenia czegoś, co dla drugiej osoby brzmi dziwnie.

Może właśnie dlatego niektóre pożegnania nie przypominają pożegnań. Ukrywają się w pytaniu o następne spotkanie. W zdaniu wręcz przypadkowym, zbyt poważnym jak na zwyczajny dzień. W słowach, których znaczenie przychodzi do nas za późno.

Ostatnie słowa

Minęło wiele czasu, a ja nadal wracam do tych dwóch rozmów. Do Marty, która mogła przecież przyjechać do mojego nowego mieszkania. Znała adres. Do znajomego, który zapytał o własny pogrzeb, zanim wracając z pracy do domu…

Oboje zginęli przez ludzi, których decyzji nie mogli przewidzieć ani zatrzymać. A jednak każde z nich powiedziało coś, co brzmiało tak, jakby wiedziało, że nie spotkamy się ponownie.

Nie mogę już zapytać, co wtedy czuli. Czy był to tylko smutek? Nagła myśl? A może poczucie, że coś właśnie dobiega końca, chociaż świat wokół nadal wygląda zupełnie zwyczajnie?

Zostały mi dwa pytania.

„Czy my się jeszcze spotkamy?”

„Przyszłabyś na mój pogrzeb?”

Wtedy nie usłyszałam w nich pożegnania. Dzisiaj nie potrafię usłyszeć niczego innego.

Czy przeczuwali własną śmierć, czy tylko czuli, że niewidzialna nić łącząca ich z przyszłością właśnie zaczyna się zrywać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *