Czy masz czasem wrażenie, że pieniądze tylko przechodzą przez twoje życie? Pracujesz, zarabiasz, przez chwilę na koncie jest więcej. Możesz wreszcie pomyśleć o czymś, co od dawna odkładasz. Wtedy wydarza się coś nieprzewidzianego i ta krótka chwila ulgi kończy się równie szybko, jak się zaczęła.
Następnym razem zarabiasz więcej. Przez moment wydaje się, że wreszcie coś zostanie również dla ciebie. A potem znowu pojawia się wydatek, który zabiera to, co miało zostać. Jakby gdzieś poza twoim wzrokiem istniała szczelina, przez którą ucieka wszystko, co próbujesz zatrzymać.
Czy znasz to poczucie, że niezależnie od wysiłku ciągle wracasz do tego samego miejsca?
W rozmowach z bliskimi ten temat wraca do mnie od dawna. Wraz z nim powraca przekonanie, które na początku potrafi zabrzmieć dziwnie.
Że obgadywanie innych odbiera nam powodzenie finansowe.
Że słowa wypowiadane o cudzym życiu mogą później odezwać się w naszym własnym, chociaż pozornie nic tych spraw nie łączy.
Im częściej o tym słyszałam, tym trudniej było mi odsunąć tę myśl. Szczególnie kiedy zaczęłam rozpoznawać w niej coś znajomego.
Co zarobisz, zaraz znika, znasz to?
Jedna z takich rozmów szczególnie utkwiła mi w pamięci. Rozmawiałam wtedy z Beatą, przyjaciółką, którą poznałam jeszcze w pracy w korpo. Opowiadała mi, jak dziwnie układają się sprawy z pieniędzmi w jej domu.
– Potrafimy zarobić, ale ledwie pieniądze się pojawią, już wydarza się coś, co je pochłania – mówiła Beata. – Nieprzewidziana sytuacja, niespodziewany wydatek. Powód za każdym razem może być inny, lecz koniec pozostaje ten sam. Pieniądze znikają jak woda w piach. Lilka, co z tym zrobić?
Najbardziej uderzyło mnie to, że suma niewiele zmieniała. Większy zarobek powinien przecież zostawić po sobie więcej możliwości. Tymczasem w jej opowieści wyglądało to tak, jakby los za każdym razem znajdował sposób, żeby odebrać właśnie to, co dopiero przyszło. Jakby każda dodatkowa suma miała już przypisany wydatek, o którym oni jeszcze nie wiedzieli.
Beata sama połączyła ten schemat z obgadywaniem. Doszła do wniosku, że przez własne słowa odbiera sobie powodzenie. Nie byłam zaskoczona tą myślą. Słyszałam ją już wcześniej od innych osób, które również miały poczucie, że dostały od losu po łapach.
Zastanawiało mnie coś innego. Ile razy musimy przeżyć podobne zakończenie, zanim zaczniemy szukać początku w zupełnie innym miejscu?
Bo kiedy znika kolejna suma, widzimy wydatek. Znamy jego powód i wiemy, dlaczego trzeba zapłacić. Znacznie trudniej zobaczyć, co sprawia, że te powody pojawiają się z tak uporczywą regularnością. Każdy wydatek z osobna ma logiczne, przyziemne wyjaśnienie. Dopiero razem układają się w historię, która wciąż kończy się tak samo.
Znowu nic nie zostało.
Nie opowiadam tego z pozycji niewinnej
Sama doświadczyłam podobnego schematu. I sama potrafiłam kiedyś obgadywać.
Ploteczki mają w sobie coś kuszącego, zwłaszcza kiedy rozmawia się z kimś bliskim. Z kimś, kto zna tych samych ludzi i rozumie nawet mrugnięcie okiem, zanim zdążymy wypowiedzieć cokolwiek. Jedna uwaga wywołuje uśmiech, następna przypomina dawną sytuację. Nagle osoba, której z nami nie ma, staje się głównym bohaterem rozmowy.
Łatwo zostać w tej rozmowie trochę dłużej i posunąć się zbyt daleko.
Dopowiedzieć coś, co rozbawi drugą osobę. Wrócić do czyjegoś potknięcia. Dorzucić kolejną złośliwość, chociaż nie mamy już nic nowego do powiedzenia. Przyjemność przychodzi od razu. Kosztów jeszcze długo nie widać.
Nie łączyłam wtedy takich chwil ze swoimi finansami. Rozmowa kończyła się i wracałam do własnego życia. Praca, plany i pieniądze, które chciałam zarobić i zatrzymać dla siebie, wydawały mi się czymś zupełnie osobnym. Dzisiaj widzę, jak wygodnie potrafiłam oddzielać te sprawy, jakby moje słowa należały do innego świata niż ich następstwa.
Dlatego słuchając Beaty, rozumiałam, o czym mówi. Rozpoznawałam to dziwne rozminięcie się wysiłku z tym, co po nim zostaje. Zarabiamy, a jednak nie możemy niczego na tych pieniądzach zbudować. Zdążyły już wejść do naszego życia, a jednak ciągle pozostają w progu, gotowe w każdej chwili odejść.
Właśnie to mam na myśli, kiedy mówię, że obgadywanie odbiera finansową sprawczość. Nadal pracujemy, nadal coś się udaje, ale owoce tego wysiłku wciąż wymykają się z rąk.
Kiedy cudza historia nagle staje się własną
Czytałam osobistą relację kobiety, która podobnie jak ja traktowała plotkowanie z przyjaciółkami jako zwyczajne rozmowy. Dopiero nagła utrata pracy po wieloletniej karierze sprawiła, że zaczęła patrzeć inaczej. Zniknęło źródło utrzymania, a wraz z nim znajomy porządek życia.
Przez kolejne miesiące próbowała odnaleźć się w zmienionym życiu. W tym czasie odkryła, że ludzie, których uważała za swoje oparcie, swobodnie omawiają jej trudną sytuację. Poczuła się zdradzona. Przyznała też, że sama wcześniej uczestniczyła w podobnych rozmowach o innych.
W tej historii zatrzymuje mnie kolejność. Najpierw cudze życie było tematem rozmów. Później rozsypało się coś, co w jej własnym wydawało się trwałe. Może właśnie dlatego tak trudno rozpoznać powrót własnych słów. Utrata pracy wydaje się należeć do zupełnie innej historii niż rozmowy o cudzym życiu.
Tymczasem odpowiedź potrafi przyjść przez drzwi, których podczas obgadywania nawet nie widzieliśmy.
Poczucie bezpieczeństwa jest dziwną osłoną. Dopóki je mamy, cudze problemy oglądamy jak zza szyby. Widzimy, że komuś się nie układa, ale po rozmowie możemy wrócić do własnych planów. Szyba wydaje się mocna. Łatwo uwierzyć, że oddziela również nasze przyszłe losy.
Co się dzieje, kiedy pęka?
Nagle te same zdania dotyczą nas. To, co z daleka mieściło się w kilku uwagach, od środka zajmuje cały dzień. Trzeba z tym wstać, przeżyć kolejne godziny i zasnąć, nadal nie wiedząc, co będzie dalej. Cudzy śmiech kończy się po chwili. Niepewność zostaje na dłużej.
Myślę wtedy o tym, jak niewiele wiemy o przeszłości i przyszłości człowieka, którego właśnie obgadujemy. I jak niewiele o swojej.
Rozmawiamy tak, jakby miejsca przy stole zostały rozdane na zawsze. Jakby jedni mieli opowiadać, a inni już zawsze pozostawać opowieścią.
Los potrafi przesadzić nas na drugą stronę.
U Beaty pieniądze przychodziły i znikały. W tamtej historii zniknęło to, co miało zapewniać ich dopływ. Dwa różne doświadczenia prowadzą mnie do podobnego pytania.
Czy podczas niewinnej z pozoru rozmowy naprawdę wiemy, co właśnie wystawiamy na szalę?
Rozmowa została między nami. Czy na pewno?
Kiedy mówimy o następstwach obgadywania, zwykle wyobrażamy sobie chwilę, w której ktoś powtarza nasze słowa dalej. Tajemnica wychodzi na jaw, ktoś czuje się zdradzony, psuje się relacja. Tymczasem wiele takich rozmów nigdy nie opuszcza czterech ścian.
Obgadujesz kogoś z pracy w rozmowie z mężem. Oceniasz życie znajomej, kiedy spotykasz się z siostrą albo najlepszą przyjaciółką. Masz pewność, że zostanie to między wami. I w sumie może zostać, ale czy to coś zmieni?
Osoba, o której rozmawiacie, nie ma pojęcia, ile miejsca zajęła w waszym wieczorze. Nie usłyszy złośliwości. Nie dowie się, czego jej życzono ani co jej wytknięto. Następnego dnia jej życie będzie toczyło się dalej, jakby nic się nie wydarzyło.
Ale jednak coś się wydarzyło. Wypowiedzieliśmy słowa, za którymi stała intencja.
Kosmos o niej wie. Cztery ściany mogą zatrzymać głos. Nie zamykają w sobie tego, co zostało nim poruszone.
Wyobrażam to sobie jak kamień wrzucony do wody. Dłoń dawno jest już pusta, kamienia nie widać, a kręgi nadal rozchodzą się po powierzchni. Nie trzeba przy nich stać. Nie trzeba nawet pamiętać, że to nasz ruch wprawił je w bieg.
Słowo również ma swój początek. Pojawia się w nas, otrzymuje głos, kierunek i osobę, której ma dotyczyć. Kiedy przestajemy mówić, przestajemy słyszeć. To bardzo krótka droga do przekonania, że przestało istnieć.
W felietonie o tym, czy klątwy istnieją, pisałam już o różnicy między końcem gniewu a końcem działania słów. Tutaj wraca do mnie podobna myśl. Nasza rozmowa mogła się skończyć, podczas gdy to, co w niej wysłaliśmy, dopiero szuka drogi powrotnej.
Tam, gdzie bogactwo nie pozostaje
To przekonanie ma swoje miejsce również w przekazach duchowych. W naukach Dadashriego, publikowanych przez Dada Bhagwan Foundation w nurcie Akram Vignan, obmowa i pogarda zostają powiązane z utratą pomyślności. Nadużywanie mowy ma odbierać przychylność Lakszmi, bogini bogactwa.
Najmocniej zatrzymał mnie tam obraz majątku, który nie pozostaje. Samo pojawienie się pieniędzy jeszcze nie oznacza pomyślności. Liczy się również to, czy z nami zostaną. Czy pozwolą coś stworzyć, odłożyć na później, przekazać dalej.
Pieniądze mogą znaleźć drogę do człowieka i nadal nie znaleźć u niego miejsca. To największy paradoks, bo możesz zarabiać coraz więcej, a los i tak za każdym razem zostawia cię z niczym.
W żydowskim dziele „Szemirat ha-Laszon”, poświęconym strzeżeniu mowy, także pojawia się związek obmowy z ubóstwem i zależnością od innych. Te przekazy wyrastają z różnych tradycji, a jednak w obu szkodliwe słowo sięga do tego, z czego człowiek ma żyć.
Czy dlatego właśnie finanse tak często powracają w opowieściach o obgadywaniu?
Pieniądze mają przecież pozwolić nam żyć z tego, co wypracowaliśmy. Zrobić kolejny krok, stworzyć coś własnego. Gdy ciągle znikają, odkładamy te plany, chociaż przez cały czas pracujemy na ich spełnienie.
Na jednym z forów poświęconych duchowości ktoś pytał, czy przyjemność plotkowania wpływa na jego drogę duchową. Później przyznał, że rozmowy z rodziną i znajomymi miały złośliwy charakter. Po prostu zdążyły stać się czymś normalnym. W innej dyskusji pojawiło się porównanie wszechświata do lustra oddającego człowiekowi to, co sam wysyła.
Lustro nie musi oddać nam tego samego obrazu. W rzeczywistości odwraca strony, a to, co kierowaliśmy ku innym, wraca do nas w postaci, której nie rozpoznajemy od razu. My umniejszaliśmy cudze życie. W naszym zaczyna ubywać tego, co miało pozwolić mu się rozwinąć.
Prezent, którego nikt nie chce
Często wracam do anegdoty o niechcianym prezencie. Wyobraź sobie, że chcesz coś komuś wręczyć, ale ta osoba tego nie przyjmuje. Stoisz z wyciągniętą ręką i nadal trzymasz to, co przygotowałaś. Zamiar obdarowania nie wystarczył. Prezent pozostał twój.
Podobny obraz występuje w buddyjskiej opowieści zapisanej w Akkosa Sutcie. Rozgniewany bramin obraża Buddę, a ten pyta go o poczęstunek dla gości. Jeśli goście odmówią, do kogo należy jedzenie? Do gospodarza. Tak samo Budda odmawia przyjęcia obelg. Pozostawia je temu, kto je przyniósł.
Lubię tę prostotę. Ktoś przychodzi z czymś, co chce nam podarować, ale jego zamiar nie czyni jeszcze z nas właścicieli.
Niechciany dar zostaje u darującego.
Tak rozumiem najprostszą ochronę przed złorzeczeniem, przekleństwem czy obgadywaniem. Cudza intencja nie musi stać się treścią mojego życia. Może wrócić do miejsca, w którym powstała. Jak przesyłka, której nie doręczono, chociaż nadawca dawno przestał o niej myśleć.
Ten obraz ma jednak również drugą stronę, o której łatwo zapomnieć. W roli nadawcy potrafimy znaleźć się sami.
Umniejszamy czyjeś osiągnięcia, wytykamy życiowe wybory, dorzucamy złośliwe uwagi. Czasem życzymy komuś porażki albo czerpiemy odrobinę satysfakcji z jego straty. Wysyłamy to wszystko w jego stronę, przekonani, że dotyczy wyłącznie jego życia. Gdy ta intencja nie znajduje u niego miejsca, wraca do nas.
A my patrzymy później na własne niepowodzenia i szukamy kogoś, kto mógł nam źle życzyć.
Rzadziej przychodzi nam do głowy, że patrzymy właśnie na zawartość własnej przesyłki.
To, co miało zostać dla nas
W historii Beaty najbardziej porusza mnie ta krótka chwila pomiędzy przyjściem pieniędzy a kolejną stratą. Pieniądze już są. Można pomyśleć, że tym razem coś się zmieni. Przyszłość przez moment wydaje się bliższa, jakby wreszcie udało się dosięgnąć tego, co tak długo pozostawało poza zasięgiem.
Potem przychodzi nieprzewidziane zdarzenie i wszystko znów się odsuwa.
Kiedy zastanawiam się, czy mamy wpływ na swoją przyszłość, myślę również o rozmowach, które uważamy za zbyt błahe, żeby cokolwiek zmieniały. Pół godziny z przyjaciółką. Kilka zdań o kimś z pracy. Przykrości, których ta osoba nigdy nie usłyszy.
Sama wiem, jak łatwo je przeoczyć. Wiem też, dlaczego spostrzeżenie Beaty tak mocno do mnie wróciło. Obie znałyśmy pieniądze, które przychodzą i znikają. Obie potrafiłyśmy też mówić o innych w sposób, którego dzisiaj nie nazwałabym niewinnym.
Uważam, że za obgadywanie można zapłacić własną pomyślnością. Nawet gdy nikt nie zdradził tajemnicy i żadna z obgadywanych osób nigdy nie poznała naszych słów.
Dzisiaj, myśląc o niechcianym prezencie, patrzę również na rękę, która go wręcza. Łatwo wyobrażać sobie siebie po stronie osoby chronionej przed cudzym złem. Trudniej dostrzec, że czasem to my stoimy z czymś, czego drugi człowiek nie powinien od nas otrzymać.
A potem dziwimy się, że wraca.
Może dlatego tak długo nie rozpoznajemy odpowiedzi losu. Widzimy kolejny niespodziewany wydatek, stratę, plan, który znowu trzeba odłożyć. Każde zdarzenie tłumaczymy osobno, jakby nie miało żadnego związku z poprzednimi.
A jeśli te zdarzenia są ze sobą powiązane, tylko nie rozpoznajemy w nich tego, co sami kiedyś wysłaliśmy w świat?




