Wielokrotnie zastanawiałam się, czym właściwie jest moment przyjścia na świat. Z ziemskiej perspektywy to jedna z najpiękniejszych chwil, jakich można doświadczyć. Narodziny dziecka mają w sobie coś niezwykłego nawet wtedy, gdy patrzymy na nie zupełnie przyziemnie.
Mnie jednak od dawna interesuje coś jeszcze. Ten drugi, mniej oczywisty wymiar narodzin. Nie pierwsze spojrzenie, pierwszy krzyk ani maleńkie dłonie zaciskające się wokół palca mamy, ale dokładna chwila, w której pojawiamy się na świecie. Konkretna godzina, minuta i miejsce. Niebo znajdujące się wtedy w układzie, który już nigdy nie powtórzy się dokładnie w taki sam sposób.
Czy to naprawdę tylko przypadek?
Spis treści
To pytanie wraca do mnie szczególnie wtedy, gdy patrzę na własny kosmogram. Astrologia przywiązuje ogromne znaczenie do chwili narodzin, ale można postawić pytanie jeszcze wcześniejsze. Co, jeśli nie tylko rodzimy się w określonym momencie, lecz w jakiś sposób trafiamy właśnie do niego?
Michael Newton w książce „Wędrówka dusz” przedstawia relacje osób, które podczas głębokiej hipnozy opowiadały o okresie pomiędzy kolejnymi wcieleniami. Z ich słów wyłania się intrygująca myśl: przyszłe życie nie zawsze jest czymś, w co zostajemy wrzuceni przypadkowo. Dusza ma wcześniej poznawać jego możliwe warunki, wybierać ciało i wchodzić w określone relacje.
Jeśli dopuścić tę możliwość choćby na chwilę, pojawia się pytanie, od którego trudno już uciec. Jeżeli wybraliśmy rodzinę, miejsce, a może nawet czas naszego przyjścia na świat, dlaczego po narodzinach niczego z tej decyzji nie pamiętamy?
Kosmogram jako fotografia z chwili przybycia
W astrologii data, godzina i miejsce urodzenia pozwalają odtworzyć układ nieba z momentu, w którym rozpoczyna się nasze ziemskie życie. Powstaje kosmogram urodzeniowy. Znaki, planety, domy i aspekty układają się w mapę, z której próbujemy odczytać predyspozycje, napięcia i tematy towarzyszące nam przez życie.
Tylko czym właściwie jest ta mapa?
Najczęściej myślimy o kosmogramie jak o mapie przygotowanej już po naszym przyjściu. Niebo znajdowało się w określonym układzie, więc astrologia zatrzymała ten moment i nadała mu symboliczne znaczenie. A jeśli kolejność była odwrotna? Jeśli układ nieba nie czekał przypadkowo, lecz przypominał otwarte na krótką chwilę drzwi, przez które należało przejść?
W poprzednim felietonie zastanawiałam się, czy nocne niebo nie jest tym, co zostawiliśmy za sobą. Teraz ta sama myśl prowadzi mnie w trochę inną stronę. Być może kosmogram nie pokazuje wyłącznie tego, z czym przyszliśmy. Może zachował również ślad chwili, w której podjęta wcześniej decyzja stała się rzeczywistością.
Nie byłby wtedy wyrokiem ani gotowym scenariuszem. Przypominałby pieczęć na kopercie, której zawartość poznajemy stopniowo. Możemy ją otwierać przez całe życie, a mimo to nie mieć pewności, kto ją dla nas przygotował.
I czy nie byliśmy tym kimś my sami?
Myśl o wyborze pojawiła się na długo przed nami
Michael Newton nie był pierwszym autorem, który opisywał możliwość wybierania przyszłego życia. Podobną myśl można znaleźć już w micie o Erze, zamykającym „Państwo” Platona. Dusze oglądają tam dostępne losy i wybierają życie, w które za chwilę wejdą. Później piją wodę zapomnienia, tracąc pamięć o tym, co wydarzyło się przed narodzinami.
To mit, a nie relacja historyczna. Mimo to trudno przejść obok niego obojętnie. Powstał tak dawno, a dotyka dokładnie tego pytania, które wraca również dzisiaj. Dlaczego wybór miałby zostać ukryty przed tym, kto go dokonał?
Relacje opisane przez Newtona poruszają podobne struny. Czytam je bez potrzeby rozstrzygania, czym naprawdę były wspomnienia pojawiające się podczas hipnozy. Bardziej interesuje mnie sam obraz. Dusza przygląda się możliwemu życiu, poznaje część jego warunków, a potem zgadza się zapomnieć i wejść…
Nie otrzymuje szczegółowej instrukcji. Nie widzi każdego poranka, rozmowy ani wielu szczegółów. Dostrzega raczej zarys drogi. Ludzi, z którymi ma się spotkać. Trudności, których jeszcze nie potrafi odczuć tak, jak będzie je odczuwać w ciele. Być może widzi także kilka możliwych zakończeń, ponieważ żaden wybór nie odbiera jej całkowicie wolności.
Tak wyobrażam sobie tę chwilę.
Nie jako kosmiczne biuro, w którym ktoś przydziela nam numer, rodzinę i zadanie. Widzę raczej miejsce bez ścian i zegarów, gdzie decyzji nie podejmuje się słowami. Dusza nie mówi, że chce urodzić się konkretnego dnia o konkretnej godzinie. Rozpoznaje właściwe życie tak, jak na Ziemi rozpoznajemy czasem człowieka, którego widzimy po raz pierwszy, a jednak od początku wydaje się nam znajomy…
Potem przychodzi tutaj. Na ziemię.
Dlaczego mielibyśmy zgodzić się na zapomnienie?
Gdybyśmy rzeczywiście wybrali swoje życie wcześniej, brak pamięci wydaje się niemal okrutny. Po co znać drogę, skoro zaraz po przekroczeniu jej progu traci się mapę?
A jednak pełna pamięć zmieniłaby wszystko. Wiedzielibyśmy, kogo spotkamy, przed czym mamy się zatrzymać i która decyzja otworzy właściwe drzwi. Każda relacja stałaby się wykonaniem wcześniejszej umowy. Każdy błąd można byłoby ominąć, zanim zdążylibyśmy zrozumieć, dlaczego jest błędem.
Życie przypominałoby odgrywanie znanej roli.
Być może zapomnienie nie jest karą, lecz warunkiem prawdziwego wyboru. Dopiero bez pamięci możemy sprawdzić, czy ponownie odnajdziemy kierunek, który wcześniej uznaliśmy za swój. Czy rozpoznamy kogoś ważnego bez przypiętej do niego kartki z imieniem. Czy zatrzymamy się przy tym, co wymaga naszej uwagi. Czy odróżnimy własne pragnienie od drogi, którą podsuwa nam ktoś inny.
Może nie tracimy jednak wszystkiego?
Być może zostają w nas drobne ślady. Niewytłumaczalne poczucie bliskości wobec obcego miejsca. Człowiek, przy którym od pierwszej rozmowy znika skrępowanie. Temat powracający przez lata, choć nikt nas do niego nie prowadził. Lęk, którego źródła nie umiemy wskazać. Tęsknota za czymś, czego nie potrafimy nazwać.
Nie są to dowody. Bardziej okruchy, które mogą należeć do większej całości albo układać się w nią wyłącznie w naszej wyobraźni. Mimo to zastanawia mnie, dlaczego niektóre z nich nosimy od tak dawna, jakby pojawiły się w nas wcześniej niż pierwsze wspomnienia…
Czy wybieramy dokładną datę, czy tylko otwarte drzwi?
Poród nie zawsze rozpoczyna się wtedy, kiedy go oczekujemy. Dziecko może przyjść na świat przed wyznaczonym terminem albo po nim. Czasami o godzinie narodzin decyduje lekarz, albo przypadek… Pojawiają się zabiegi, cesarskie cięcia, nagłe komplikacje i decyzje podejmowane w ciągu kilku minut.
Czy w takim razie chwila narodzin nadal może być wybrana?
Jeżeli wcześniejszy plan istnieje, musiałby pomieścić także i takie działanie. Decyzję matki. Wiedzę lekarza. Opóźnienie, którego nikt nie przewidział. Splot drobnych zdarzeń prowadzących do tej jednej godziny zapisanej później w dokumentach.
Może wybór nie polega na wskazaniu minuty na zegarze. Być może dusza wybiera pewien próg, a wszystkie ziemskie okoliczności zbiegają się w chwili, w której jest gotowa go przekroczyć?
Dla nas wygląda to jak ciąg przyczyn, przypadków i decyzji. Z innego miejsca ten sam ciąg mógłby przypominać drogę prowadzącą do jednego punktu.
A może nie ma żadnego planu? Może niebo niczego nie otwiera, a data urodzenia nabiera znaczenia dopiero dlatego, że to my zaczynamy od niej opowiadać swoją historię.
Obie możliwości prowadzą do tego samego pytania. Dlaczego spośród wszystkich chwil naszym początkiem stała się właśnie ta?
Czy mogliśmy wybrać również to, co boli?
Tutaj myśl o wybieraniu życia przestaje być wyłącznie piękna. Jeśli dusza wybiera rodzinę, ciało i warunki narodzin, co zrobić z cierpieniem? Z chorobą, przemocą, samotnością i stratą? Czy mielibyśmy uwierzyć, że każda skrzywdzona osoba sama wcześniej zgodziła się na swoją krzywdę?
Nie potrafię przyjąć takiego wyjaśnienia. Zbyt łatwo zmieniałoby cudzy ból w lekcję, którą ktoś rzekomo zamówił przed narodzinami. Mogłoby też zdejmować odpowiedzialność z tych, którzy krzywdzą. Żadna metafizyczna opowieść nie powinna odbierać znaczenia cierpieniu przeżywanemu tutaj i teraz.
Jeśli jakiś wybór naprawdę poprzedza narodziny, być może dotyczy warunków początkowych, a nie każdego czynu, który później wydarzy się w naszym życiu. Wchodzimy w świat pełen innych ludzi, a każdy z nich zachowuje własną wolę. Ich decyzje mogą zmienić naszą drogę, tak jak nasze decyzje zmieniają drogę innych. Coś jak efekt domino.
Może dusza widzi ryzyko, lecz nie zna wyniku. Może zgadza się wejść w życie, które ma wiele możliwych wersji. Jedne prowadzą ku temu, co miało zostać odnalezione, inne oddalają od pierwotnego zamiaru. Wtedy przeznaczenie nie przypominałoby toru, z którego nie można zjechać. Byłoby kierunkiem, który można zgubić, odrzucić albo odnaleźć po wielu latach.
Pozostaje jednak pytanie, czy przed narodzinami ocenialibyśmy trudność życia tak samo jak teraz? Coś, co z daleka wygląda jak krótki fragment podróży, po przyjściu na Ziemię może wypełnić całe lata. Dusza, jeśli istnieje poza czasem, mogłaby patrzeć inaczej na zdarzenia, które dla człowieka mają ciężar niemal nie do uniesienia.
Ta myśl mnie nie pociesza. Jedynie sprawia, że jeszcze wyraźniej czuję różnicę między wyobrażeniem wyboru a życiem tego wyboru w ciele.
Czy kosmogram przypomina to, o czym zapomnieliśmy?
Jeśli pamięć zostaje po drugiej stronie, być może potrzebujemy czegoś, co pomaga nam szukać bez zdradzania odpowiedzi. Tym czymś mógłby być kosmogram.
Nie jako zapis obowiązków ani lista wydarzeń, które muszą nastąpić. Bardziej jako zbiór symboli pozostawionych samemu sobie. Odczytując je, nie przypominamy sobie żadnych konkretów sprzed narodzin. Zauważamy za to tematy, które wracają w naszym życiu niezależnie od zmieniających się miejsc i ludzi.
Dlaczego jedne relacje stają się dla nas tak ważne? Skąd bierze się napięcie, z którym spotykamy się w różnych postaciach? Dlaczego pewne pragnienie powraca nawet wtedy, gdy próbujemy ułożyć sobie życie zupełnie inaczej?
Kosmogram nie odpowiada, czy sami wybraliśmy moment narodzin. Astrologia zaczyna swoją opowieść dokładnie tam, gdzie kończy się możliwość pamiętania czegokolwiek wcześniejszego. Pokazuje niebo nad progiem, ale nie odsłania miejsca, z którego przyszliśmy.
Może dlatego tak często do niego wracamy? Nie szukamy wyłącznie opisu charakteru ani zapowiedzi przyszłości. Próbujemy sprawdzić, czy wśród planet, domów i aspektów pozostało coś, co rozpoznamy bez głębszego rozumienia sensu. Jakiś znak postawiony przez nas samych jeszcze przed utratą pamięci. Może…
Pierwsza data, którą potrafimy odczytać
Jako matka wiem, że chwila narodzin nie jest zwykłą godziną zapisaną w dokumentach. To spotkanie z kimś, kto jeszcze chwilę wcześniej znajdował się bardzo blisko, a jednocześnie pozostawał całkowicie nieznany. Pojawia się nowe życie, lecz wraz z nim przychodzi też czyjaś odrębna historia.
Tylko czy naprawdę zaczyna się ona właśnie wtedy?
Patrzę czasem na datę urodzenia i próbuję zobaczyć w niej coś więcej niż cyfry i znaki. Myślę o układzie nieba, o pierwszym oddechu i o wszystkich drobnych zdarzeniach, które musiały spotkać się w jednym miejscu, aby człowiek pojawił się na świecie dokładnie w tej chwili.
Jeśli wybieramy moment narodzin, nie pamiętam swojego wyboru. Nie wiem, co zobaczyłam przed jego dokonaniem ani dlaczego uznałam właśnie tę drogę za właściwą. Nie wiem też, czy spotkani ludzie byli częścią wcześniejszego planu, czy dopiero nasze ziemskie decyzje splotły historie, które początkowo nie miały się przeciąć.
Może któregoś dnia wszystko sobie przypominamy? Może po zakończeniu życia odzyskujemy szerszy obraz i widzimy, ile razy zbliżyliśmy się do pierwotnego zamiaru, a ile razy odeszliśmy od niego tak daleko, że potrzebna będzie kolejna podróż.
A może nie ma niczego do przypomnienia?
Zostaje data. Godzina. Miejsce. Niebo zatrzymane w kosmogramie niczym fotografia wykonana w chwili naszych narodzin?
Patrzę na nią i nadal nie wiem, czy widzę początek historii, czy tylko jej pierwszy zachowany ślad.
A jeśli data urodzenia nie mówi, kiedy zaczęliśmy istnieć, tylko kiedy dotarliśmy tutaj?




