Kiedy patrzę w nocne niebo, tęsknię. Nie umiem powiedzieć za czym ani za kim. Wiem tylko, że to coś znajduje się daleko, poza światłem miasta i poza wszystkim, co potrafię nazwać. Czasami myślę, że tęsknię za domem. Tylko jak można tęsknić za miejscem, którego się nie pamięta?
Spis treści
Przychodzi mnie wtedy taka myśl o matce. Ale moja mama żyje i ma się dobrze, a jednak pod rozgwieżdżonym niebem czuję brak kogoś jeszcze. Innej Matki? Pierwszej? Tej, która została gdzieś przed początkiem mojego obecnego życia? Nie widzę jej twarzy i nie słyszę głosu. Zostało po niej uczucie podobne do wspomnienia, ale pozbawione obrazu.
Nie próbuję znaleźć odpowiedzi. Nie każdą zagadkę da się rozwiązać.
Są wieczory, kiedy owijam się w koc, robię ciepłą herbatę i oglądam filmy o wszechświecie. Patrzę na odległe gwiazdy, planety i galaktyki. Im dłużej patrzę, tym mniej czuję się obserwatorką czegoś obcego. Pojawia się trudne do uchwycenia wrażenie, że nie oglądam nieznanych światów, tylko próbuję sobie coś przypomnieć…
Skąd bierze się ta bliskość? Dlaczego przestrzeń, której nie potrafię objąć wyobraźnią, wydaje się znajoma? Czy można rozpoznać miejsce, w którym nigdy nie było się w tym ciele?
Czy naprawdę patrzymy w górę?
Czasami podczas patrzenia w niebo przychodzi lęk, że spadnę. Nie na ziemię. Przez niebo.
Przez krótką chwilę mam wrażenie, że nie stoję pod gwiazdami, lecz wiszę nad nimi. Ziemia trzyma mnie przy sobie, a pode mną otwiera się ciemność bez końca. Wystarczyłoby, żeby ten niewidzialny uścisk osłabł, a zaczęłabym spadać między odległe światła, coraz dalej od wszystkiego, co znam.
A może ten lęk ma odwrócony kierunek? Może nie boję się podróży, która dopiero mogłaby się wydarzyć, lecz pamiętam drogę już przebytą? Jakbym kiedyś spadała przez tę ciemność, aż w końcu znalazła się tutaj, na Ziemi.
Ta myśl wraca do mnie często, nawet bardzo często. Czy Ziemia jest miejscem naszego początku, czy tylko miejscem przybycia?
Astrologia zatrzymuje obraz nieba z chwili narodzin i nazywa go kosmogramem. Patrzymy na położenie planet, znaki i domy, próbując odczytać, z czym przychodzimy na świat. Kosmogram mówi o chwili wejścia, ale nie o tym, co było przed nią. Jest jak fotografia zrobiona na progu. Widzimy otwierające się drzwi, lecz nie widzimy drogi, która do nich prowadziła.
Skoro układ nieba towarzyszy naszym narodzinom, czy jest wyłącznie zegarem wskazującym właściwy moment? A może stanowi ślad podróży? Czy każdy z nas przynosi ze sobą coś, czego nie da się zapisać w pamięci, ale co odzywa się później w pragnieniach, lękach i powracających pytaniach?
Nie wiem.
Czy jesteśmy sami we wszechświecie?
To kolejne pytanie, które nurtuje mnie tak mocno, że szeptem wymawiam jak mantrę patrząc w niebo.
Jednak nocne niebo bywa tak ciche, że łatwo uwierzyć w samotność. Ziemia wygląda wtedy jak jeden oświetlony dom stojący pośrodku bezkresnej równiny. Pośrodku niczego. A wewnątrz, w środku toczy się życie. Ludzie kochają, odchodzą, budują miasta, rodzą dzieci. Niektórzy próbują zrozumieć, dlaczego znaleźli się właśnie tutaj.
Za oknami rozciąga się ciemność.
Czy naprawdę nie ma w niej nikogo?
Może gdzieś istnieje ktoś, kto również patrzy w naszą stronę i zadaje to samo pytanie?
Może dla kogoś odległym punktem jesteśmy my. A może życie rozsiane po wszechświecie nie jest zbiorem obcych sobie wysp, tylko dawno rozdzieloną rodziną, która utraciła możliwość rozpoznania swoich.
Jeśli nie jesteśmy sami, dlaczego dzieli nas tak wielka odległość? Czy mamy się kiedyś odnaleźć? Czy rozdzielenie było przypadkiem, karą, próbą, a może warunkiem jakiegoś większego planu?
I skąd bierze się pewność, że życie musi wyglądać tak jak tutaj, oddychać tak jak my i patrzeć na niebo podobnymi oczami?
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej samotność i przynależność zaczynają przypominać dwie strony tego samego uczucia. Patrzę w przestrzeń i czuję się maleńka, niemal niezauważalna. Jednocześnie trudno mi uwierzyć, że jestem wobec niej całkowicie obca. Przecież znajduję się wewnątrz wszechświata, nie poza nim. Skąd więc przekonanie, że patrzę na coś, do czego nie należę?
Czy przyszliśmy tutaj po coś?
Jeśli Ziemia nie jest początkiem, pozostaje jeszcze jedno pytanie. Dlaczego przybyliśmy właśnie tutaj?
Czy każde narodziny są przypadkiem, czy przypominają wysłanie kogoś w drogę? Czy przed przyjściem na świat znaliśmy swoją misję? A jeśli tak, dlaczego musieliśmy o niej zapomnieć? Może zapomnienie jest częścią zadania. Może sens nie polega na wykonaniu otrzymanej instrukcji, lecz na odnalezieniu jej bez pewności, że kiedykolwiek istniała.
Tylko po czym poznać właściwy kierunek? Po tym, co przychodzi łatwo? Po tym, co boli? Po ludziach, których spotykamy w momentach wyglądających na przypadkowe? Czy misja musi zmieniać świat, czy wystarczy, że zmieni jedno życie? A może nie każdy przyszedł tutaj, żeby dokonać czegoś wielkiego. Może czasami zadaniem jest zobaczyć, usłyszeć, pokochać i zabrać to doświadczenie dalej.
Dokąd?
Nie potrafię uwolnić się od myśli, że nasze życie przypomina pobyt w miejscu, którego zasad uczymy się dopiero po przyjeździe. Otrzymujemy ciało, imię, rodzinę i określony czas. Spotykamy innych podróżnych, lecz żadne z nas nie pamięta, skąd wyruszyło. Rozpoznajemy się po gestach, spojrzeniach i niewytłumaczalnym poczuciu bliskości. Potem znowu się rozstajemy…
Czy po śmierci wracamy do tego samego domu? Czy czeka tam Matka, za którą tęsknię, chociaż jej nie pamiętam? Czy odzyskujemy odpowiedzi, czy zabieramy ze sobą jeszcze więcej pytań?
Film dobiega końca. Herbata zdążyła wystygnąć. Za oknem gwiazdy pozostają na swoich miejscach i nie odpowiadają na żadne z moich pytań. Może nie potrafią. Może odpowiedź jest zbyt odległa. A może nocne niebo nie służy do udzielania odpowiedzi, tylko do przypominania, że wciąż nie zadaliśmy wszystkich pytań.
Skąd pochodzimy? Co robimy na Ziemi? Czy jesteśmy sami? Czy każdy z nas ma coś do wykonania, zanim odejdzie?
Patrzę jeszcze przez chwilę. Nadal nie wiem, czy spoglądam w górę, przed siebie, czy wstecz.
A jeśli niebo nie jest tym, co mamy przed sobą, tylko tym, co zostawiliśmy za sobą?




