Czy uczciwe nie wiem może być bliżej Boga niż wiara?
Kiedyś wierzyłam w Boga. Chodziłam do kościoła, uczestniczyłam we Mszy i odmawiałam wieczorne modlitwy. Wiara nie była dla mnie tematem do intelektualnego rozebrania na części. Była obecna w codziennym życiu, w słowach powtarzanych przed snem i w przekonaniu, że Ktoś ich słucha.
Moja wiara nie zniknęła jednego dnia. Z czasem coraz częściej zatrzymywałam się przy pytaniach, nad którymi wcześniej przechodziłam w ogóle ich nie zauważając. Odpowiedzi prowadziły mnie do kolejnych odpowiedzi, ale to jedno, najważniejsze pytanie wciąż pozostawało otwarte.
Skąd mam wiedzieć, że Bóg istnieje?
Nie pytałam o to, żeby Go odrzucić. Chciałam zrozumieć, dlaczego mam zawierzyć całe swoje życie Komuś, kogo obecności nie potrafię rozpoznać. Kiedy jednak dochodziłam do granicy, za którą nie było już dowodu ani wyjaśnienia, pozostawała wiara. Miałam zaufać, chociaż właśnie o podstawę tego zaufania pytałam.
Z czasem zaczęłam widzieć w tym zamknięty krąg. Żeby dostrzec Boga, powinnam najpierw uwierzyć. Żeby uczciwie uwierzyć, potrzebowałam najpierw dostrzec Boga.
Spis treści
Pytanie, na które odpowiadała tajemnica
Znam odpowiedź katolicyzmu. Bóg objawił się w stworzeniu, historii Izraela, Jezusie Chrystusie, Piśmie Świętym i życiu Kościoła. Wiara nie ma być wiedzą opartą na laboratoryjnym pomiarze. Jest zaufaniem wobec Tego, którego nie da się zamknąć w ludzkich pojęciach.
Rozumiem tę odpowiedź. Nie potrafię już jednak uznać jej za własną.
Każde świadectwo o Bogu dociera do mnie przez ludzi, teksty i tradycję. Żeby zobaczyć w nich objawienie, musiałabym wcześniej przyjąć, że objawienie rzeczywiście nastąpiło. Kiedy pytałam, skąd wiadomo, że za tym wszystkim stoi Bóg, wracałam do źródeł, których Boskie pochodzenie było częścią tej samej wiary. W najważniejszym miejscu pojawiała się tajemnica, a za nią oczekiwanie, że mimo wszystko zrobię krok.
Tylko jak mam zrobić go uczciwie?
Można uklęknąć, wypowiedzieć wyznanie wiary i powtórzyć znane modlitwy. Można wrócić do kościoła, przyjąć pięć obrzędów i nauczyć się nie zatrzymywać przy pytaniach. Nie można jednak nakazać sobie przekonania. Wiara odegrana ze strachu przed karą nadal pozostaje rolą, nawet jeśli nikt poza Bogiem nie widzi, że za słowami nie stoi pewność.
Nie chciałam tak wierzyć.
Czy pewność może być formą pychy?
Przez lata sądziłam, że pychą byłoby zakwestionowanie Boga. Dzisiaj zastanawiam się, czy pycha nie może pojawić się również po drugiej stronie. Czy mam prawo mówić, że znam wolę Boga, rozumiem Jego milczenie i wiem, czego oczekuje ode mnie oraz od innych ludzi, jeżeli nie potrafię nawet z pewnością powiedzieć, że istnieje?
Nie twierdzę, że wiara innych ludzi jest udawana. Dopuszczam, że ktoś może doświadczać Boga tak wyraźnie, jak ja doświadczam własnego istnienia. Może modlitwa naprawdę jest dla niego spotkaniem, a nie wypowiadaniem słów w stronę ciszy. Nie mam prawa odbierać nikomu tego doświadczenia tylko dlatego, że sama go nie przeżyłam.
Mogę wypowiedzieć się wyłącznie za siebie.
Gdybym dzisiaj oznajmiła, że wierzę, powiedziałabym więcej, niż naprawdę wiem i czuję. Przypisałabym Bogu cechy, zamiary oraz słowa, których nie usłyszałam od Niego osobiście. Być może większą pokorą jest więc przyznanie, że nie wiem. Bez obrażania Boga, ale też bez tworzenia Jego obrazu po to, aby uspokoić własny lęk.
Tak, jestem agnostyczką. Nie zakładam, że Bóg istnieje, lecz nie zakładam również, że Go nie ma. Zostawiam drzwi otwarte, chociaż nie widzę, kto albo co mogłoby przez nie wejść…
Nauka nie odebrała mi zachwytu
Z wykształcenia jestem astrofizyczką. Wiem, że materia, z której powstały nasze ciała, ma historię o wiele starszą od Ziemi. Najlżejsze pierwiastki narodziły się we wczesnym Wszechświecie, a węgiel, tlen i wiele cięższych składników zostało wytworzonych przez wcześniejsze pokolenia gwiazd. Materiał wyrzucony w przestrzeń stał się później częścią następnych gwiazd, planet i nas samych.
To nie odbiera człowiekowi niezwykłości. Przeciwnie. Nie stoimy obok Wszechświata i nie przyglądamy mu się z zewnątrz. Jesteśmy zbudowani z jego materii. To, co próbujemy poznać teleskopami i równaniami, znajduje się również w naszych ciałach.
Wiem też, czym jest dla nas Słońce. Bez jego energii nie powstałby i nie utrzymał się świat życia, jaki znamy na Ziemi. Rośliny nie zamieniałyby światła w energię dostępną dla kolejnych organizmów, nie byłoby znanego nam klimatu ani warunków pozwalających istnieć ludziom. Słońce nie jest jednak wieczne. Za kilka miliardów lat przejdzie w fazę czerwonego olbrzyma, a ostatecznie pozostanie po nim biały karzeł. Ta sama gwiazda, która podtrzymuje ziemskie życie, pewnego dnia uczyni Ziemię miejscem, w którym nie będzie ono mogło trwać.
Astrofizyka potrafi opisać ten proces. Nie odpowiada, dlaczego istnieje raczej coś niż nic, po co pojawiło się życie i czy jego historia ma znaczenie wykraczające poza materię. Nauka pozostawia pytania, ale nie każe mi nazywać niewiedzy odpowiedzią.
W astrologii odnalazłam inny rodzaj całości
Im lepiej poznawałam siebie, tym bardziej oddalałam się od dawnych odpowiedzi. Jednocześnie coraz głębiej wchodziłam w astrologię. Nie traktuję jej jak konkurencji dla astrofizyki. Astrofizyka opisuje, czym jest Słońce. Astrologia pyta, czym symbol Słońca staje się w naszej opowieści. To dwa różne języki i nie potrzebuję udowadniać jednego za pomocą drugiego.
W astrologii odnalazłam jednak coś, czego brakowało mi w przeżywaniu religii. Kosmogram nie usuwa wszystkich tajemnic. Nie odpowiada na każde pytanie i nie zamyka człowieka w jednej definicji. Poszczególne elementy tworzą jednak układ, w którym znak, planeta, dom i aspekt nie istnieją osobno. Jedno napięcie znajduje odpowiedź w innym miejscu, a pozorna sprzeczność staje się częścią większego obrazu.
Ten obraz wydał mi się zwarty, harmonijny i otwarty jednocześnie. Nie wymagał ode mnie wiary w osobową istotę, która ukrywa swoją obecność, a później ocenia, czy zdołałam w nią uwierzyć. Dawał mi język do samopoznania, ale zostawiał odpowiedzialność po mojej stronie. To ja musiałam przyjrzeć się własnym wyborom, cieniom i powtarzającym się schematom. Żadna planeta nie mogła przeżyć życia za mnie.
Astrologia również pozostawia niewiadome. Różnica polega na tym, że nie czuję się przez nie oskarżona. Mogę powiedzieć, że czegoś nie rozumiem, nie zamieniając tej niewiedzy w winę.
Moje zasady nie zniknęły razem z wiarą
Kiedy przestałam wierzyć, nie obudziłam się bez sumienia. Przykazania nie zabrały ze sobą zdolności odróżniania dobra od krzywdy. Nadal wiem, że nie chcę oszukiwać, wykorzystywać słabszych ani zadawać bólu tylko dlatego, że mogłabym uniknąć konsekwencji.
Nie potrzebuję groźby piekła, żeby cudze cierpienie było dla mnie rzeczywiste. Nie potrzebuję również obietnicy nieba, żeby pomoc drugiej osobie miała sens. Dobro nie traci wartości tylko dlatego, że nikt nie zapisuje go w księdze zasług.
W pewnym sensie moralność bez pewności nagrody staje się nawet bardziej osobista. Nie postępuję właściwie po to, aby zdobyć zbawienie. Robię to, ponieważ moje decyzje dotykają prawdziwych ludzi tutaj, w jedynym życiu, którego istnienia jestem obecnie pewna. Jeżeli po śmierci nie ma niczego, dobro nadal wydarzyło się między nami. Ktoś został potraktowany uczciwie, otrzymał pomoc albo nie musiał cierpieć z mojego powodu.
A jeżeli Bóg istnieje?
Wtedy zna mnie lepiej niż jakakolwiek religijna deklaracja. Powinien wiedzieć, czy odrzuciłam Go świadomie, czy tylko nie potrafiłam rozpoznać Jego obecności. Powinien dostrzec różnicę między buntem wobec Kogoś poznanego a niewiarą człowieka, który przez długi czas pytał i nie otrzymał odpowiedzi wystarczającej, aby powiedzieć, że wierzy.
Nie wiem, czy takie życie prowadzi do zbawienia. Nie mam podstaw, aby przyznawać je samej sobie. Ufam jedynie, że jeśli istnieje sprawiedliwy Bóg, nie pomyli uczciwej niewiedzy z odrzuceniem.
Nie chcę wierzyć na wszelki wypadek
Mogłabym wrócić do wiary ze strachu. Pomyśleć, że bezpieczniej jest modlić się, uczestniczyć w obrzędach i deklarować posłuszeństwo, bo jeśli Bóg istnieje, być może zostanę nagrodzona, a jeśli Go nie ma, stracę tylko trochę czasu.
Taka wiara byłaby jednak próbą przechytrzenia Boga. Zakładałaby, że Ten, który ma znać każdą ludzką myśl, nie zauważy pustego miejsca ukrytego za słowami. Nie chcę traktować religii jak polisy wykupionej na życie wieczne. Jeśli miałabym kiedyś uwierzyć, chciałabym, żeby wydarzyło się to naprawdę, a nie z obawy przed karą.
Dlatego agnostycyzm nie jest dla mnie wypowiedzeniem wojny Bogu. Jest odmową udawania spotkania, którego nie przeżyłam. Nie mówię, że Boga nie ma. Mówię tylko, że nie potrafię uznać za pewność tego, co nadal pozostaje pytaniem.
Paradoksalnie właśnie niewiara wydaje mi się dziś bezpieczniejsza moralnie. Nie dlatego, że uwalnia mnie od zasad. Przeciwnie. Nie mogę przenieść odpowiedzialności na nakaz ani usprawiedliwić decyzji wolą Boga. Każdego dnia sama odpowiadam za to, co robię z drugim człowiekiem.
Gdybym kiedyś spotkała Boga
Wieczorne modlitwy ustały. Pytania pozostały bez odpowiedzi…
Jeżeli po śmierci spotkam Boga, być może zapyta, dlaczego w Niego nie wierzyłam. Odpowiem, że nie chciałam zaprzeczać Jego istnieniu. Nie chciałam też przypisywać Mu twarzy, głosu i zamiarów, których nie potrafiłam rozpoznać jako Jego własne.
Powiem, że starałam się żyć tak, aby nie potrzebować strachu przed piekłem do powstrzymywania się od zła. Że próbowałam być prawym człowiekiem nie dla nagrody, lecz dlatego, że inni ludzie byli rzeczywiści, nawet kiedy On pozostawał dla mnie niepewny.
Może wtedy zapytam, dlaczego oczekiwał wiary, skoro pozostawił mi tak wiele powodów do wątpienia. Może w Jego obecności pytanie przestanie być potrzebne. A może nie spotkam nikogo i moje słowa rozpłyną się wraz ze mną w tej samej materii, z której kiedyś powstałam.
Nie potrafię rozstrzygnąć, która możliwość jest prawdziwa.
Wiem jedynie, że jeśli Bóg istnieje, nie chcę kłamać właśnie Jemu. Nie chcę mówić, że wierzę, kiedy nie wierzę. Nie chcę wypełniać Jego milczenia własną pewnością i nazywać jej pokorą.
Pozostaje mi najuczciwsze zdanie, jakie dzisiaj potrafię wypowiedzieć.
Nie wiem.
I po raz pierwszy nie czuję, że tymi słowami kogokolwiek zdradzam.




