7 świątecznych zwyczajów o pogańskich korzeniach. Kogo zapraszamy do wigilijnego stołu?

Komu naprawdę zostawiasz pusty talerz przy wigilijnym stole? Dlaczego pod obrusem musi znaleźć się siano, a na święta kupujemy jemiołę, która ma przynieść szczęście? W tych gestach przetrwało więcej dawnych wierzeń, niż podpowiada ich dzisiejsze wyjaśnienie. Śledząc pogańskie korzenie zwyczajów bożonarodzeniowych, trafiamy na opowieści o domach otwieranych dla zmarłych, obrzędach zapewniających urodzaj i roślinach mających odpędzać złe siły.

Kiedy przyglądam się świątecznym tradycjom, najbardziej uderza mnie trwałość samych gestów. Wyjaśnienia zmieniają się przez pokolenia. Talerz zostaje. Zielona gałąź nadal trafia do domu. Gospodarz niesie zwierzętom świąteczny pokarm, choć inaczej opowiada już o tym, co ten pokarm ma im zapewnić.

Współczesne Boże Narodzenie łączy chrześcijańską opowieść o narodzinach Jezusa z dawną obrzędowością zimową. W siedmiu opisanych zwyczajach odnajdziemy słowiańskie wierzenia zaduszne i rolnicze, celtycką cześć dla jemioły oraz późniejsze ludowe praktyki ochronne. Ich historie zbiegły się przy jednym stole.

1. Puste miejsce przy stole czekało także na zmarłych

Dodatkowy talerz stawiamy dla niespodziewanego gościa. Kogoś samotnego, wędrowca, człowieka, który tego wieczoru nie powinien zostać za drzwiami. W starszych wierzeniach próg domu przekraczali również ci, których pochowano.

Wigilia była czasem powrotu dusz przodków. Etnografowie odnajdują w zwyczaju pustego nakrycia ślady dawnych uczt zadusznych. Przygotowywano miejsce dla zmarłego, zostawiano dla niego łyżkę albo część jedzenia. W niektórych domach potraw nie sprzątano na noc, aby niewidzialni goście mogli się posilić.

Wyobraź sobie, że nakrywasz do stołu z przekonaniem, że ktoś z Twoich bliskich rzeczywiście przyjdzie, choć nie zobaczysz jego twarzy. Wtedy wolne krzesło nabiera innego znaczenia. Przestaje być pustym miejscem. Staje się miejscem zajętym przez kogoś, kto czeka na swój wieczór.

Z obecnością dusz wiązano też ostrożność w poruszaniu się po izbie. Dmuchano na ławy przed siadaniem, aby nie przygnieść odpoczywającego tam gościa. Unikano czynności, które mogły go zranić lub spłoszyć.

W tej tradycji porusza mnie dosłowność gościnności. Zmarłych karmiono i robiono im miejsce. Pamięć o nich miała postać talerza, łyżki i posiłku przygotowanego przez żywych na ich powrót.

2. Sianko pod obrusem miało sprowadzić urodzaj

Najczęstsze wyjaśnienie odsyła do betlejemskiego żłóbka. Siano przypomina ubóstwo miejsca, w którym narodził się Jezus. W obrzędowości ludowej ma jednak także starsze, rolnicze znaczenie.

Siano, słoma i snopy zboża miały zapewniać przyszłe plony. Do świątecznej izby wnoszono to, co wyrosło na polu, aby następny rok przyniósł równie pełne stodoły. Ślady tego myślenia zachowały się w zwyczajach rozścielania słomy na podłodze i ustawiania snopów w kątach domu.

Po wieczerzy słoma wracała do gospodarstwa. Skręcano z niej powrósła i obwiązywano nimi drzewa owocowe, licząc na obfite owocowanie. Słoma użyta podczas świątecznego obrzędu miała przynosić pomyślność sadom i polom.

W takim domu o urodzaju myślało się bardzo konkretnie. Nieudane zbiory oznaczały głód. Zimowy posiłek, przygotowany z zapasów, stawał się okazją do zabiegania o jedzenie na kolejny rok.

Dzisiaj pod obrus trafia niewielka garść siana. Łatwo zapomnieć, że za tym drobnym gestem stała kiedyś troska o całe gospodarstwo. Na świątecznym stole spotykały się plony poprzedniego lata i nadzieja na następne.

3. Zielone gałęzie w domu obiecywały powrót życia

Zimą zieleń od razu przyciąga wzrok. Gdy drzewa liściaste stoją nagie, jodła i świerk zachowują igły. Dla ludzi obserwujących rytm przyrody były czytelnym znakiem życia trwającego mimo chłodu.

Zanim stojąca choinka rozpowszechniła się w polskich domach, izby dekorowano zielonymi gałęziami. Pod sufitem zawieszano też podłaźniczkę, robioną z czubka drzewa iglastego lub gałęzi. Zdobiły ją jabłka, orzechy, a z czasem również papierowe ozdoby i misterne formy z opłatka.

Podłaźniczka miała przynosić domownikom dostatek, zdrowie i powodzenie. Pannom miała zapewniać szybkie zamążpójście. Jej znaczenie wyrastało z kultu zielonej gałęzi, która zapowiadała odradzanie się przyrody.

Stojąca, przystrojona choinka ma późniejszą europejską historię i nie jest po prostu niezmienionym drzewkiem dawnych Słowian. W świątecznym domu zajęła jednak miejsce, w którym zieleń od dawna miała swoje zadanie. Wnosiła życie do wnętrza zamkniętego przed zimą.

Tak można spojrzeć również na dzisiejsze stroiki. W ich iglastych gałązkach zachował się dawny język świętowania. Otaczamy się zielenią właśnie wtedy, gdy za oknem jest jej najmniej.

4. Jemioła chroniła dom, zanim stała się pretekstem do pocałunku

Jemioła pojawia się nad drzwiami i nad świątecznym stołem. Znamy zwyczaj całowania się pod jej gałązkami, obietnicę szczęścia w miłości i przekonanie, że powinna zostać w domu dłużej niż świąteczne dekoracje.

Jej niezwykłość zaczyna się od sposobu, w jaki rośnie. Zielona kula wysoko w koronie drzewa, bez korzeni sięgających ziemi, wygląda jak coś zawieszonego pomiędzy dwoma światami. Jemiołę łączono z płodnością, trwałością życia i ochroną przed złymi mocami.

W tradycji celtyckiej była rośliną świętą. Opisany przez Pliniusza Starszego obrzęd jej ścinania przez druidów pokazuje, jak wielkie znaczenie jej przypisywano. Także w polskiej magii ludowej jemioła miała chronić przed urokami i nieczystymi siłami.

Zwyczaj pocałunku pod jemiołą przybył do nas z Wysp Brytyjskich. To późniejsza część jej historii, osadzona w starszym wyobrażeniu rośliny obdarzonej szczególną mocą. Świąteczny bukiecik miał sprowadzać do domu miłość i pomyślność.

5. Mak na wigilijnym stole łączył obfitość ze światem zmarłych

Kutia, kluski z makiem, makowiec. W zależności od regionu mak przybiera inną postać, lecz wraca na świąteczny stół z zadziwiającą regularnością. Jego dawna symbolika prowadzi w dwóch kierunkach.

Mnogość ziaren oznaczała płodność i dostatek. Drobiny, których trudno się doliczyć, przywoływały wyobrażenie obfitości. W zimowej wieczerzy, podczas której zabiegano o powodzenie gospodarstwa, taki składnik miał swoje miejsce.

Mak wiązano również ze snem i śmiercią. Etnologowie wskazują na jego obecność w wierzeniach dotyczących kontaktu z przodkami. We śnie można było opuścić codzienny świat i znów spotkać zmarłych.

Dlatego świąteczne potrawy makowe można czytać jako ślad dawnego związku uczty z życiem i zaświatami. Z jednej rośliny odczytywano obietnicę nowych narodzin oraz przypomnienie o tych, którzy odeszli.

Obie te treści mieściły się w jedzeniu. Przyszłość rodziny i pamięć o przodkach podawano we wspólnej misce. Dzisiaj sięgamy po kolejną porcję kutii głównie dla smaku, a dawny sens składników pozostaje ukryty w przepisie.

6. Grzyby przynosiły do domu coś z obcego świata

Grzyby w uszkach, barszczu czy kapuście należą do najbardziej rozpoznawalnych smaków Wigilii. W tradycji ludowej ich pochodzenie miało znaczenie równie istotne jak smak.

Las był przestrzenią poza oswojonym gospodarstwem. Można było znaleźć w nim pożywienie, opał i schronienie, ale także zabłądzić. W ludowych opowieściach zamieszkiwały go istoty, z którymi człowiek nie chciał spotkać się po zmroku. Grzyby pochodziły z tego nie do końca przewidywalnego świata.

Ich symbolikę wiązano z zaświatami. W obrzędowym posiłku mogły więc przywoływać sferę zmarłych, obecną również w innych wigilijnych wierzeniach. Także mak i miód miały swoje miejsce w tej zadusznej symbolice.

Nie oznacza to, że każda gospodyni dodawała grzyby do kapusty z myślą o duchach. Przepis przekazywano dalej, choć zapominano już, jakie znaczenie przypisywano jego składnikom. Tak działają zwyczaje przekazywane w domu. Najpierw zapamiętujemy, co trzeba przygotować. Znacznie rzadziej pytamy, dlaczego akurat to.

Kiedy patrzę na wigilijne menu przez dawne wierzenia, grzyby przestają być przypadkowym dodatkiem. Na stół trafia także las, ze wszystkim, co nasi przodkowie wyobrażali sobie poza światłem własnego domu.

7. Opłatek dla zwierząt miał chronić całe gospodarstwo

Po wieczerzy gospodarz szedł do obory albo stajni. Niósł zwierzętom świąteczny pokarm. Z czasem zaczęto podawać im także specjalnie przygotowany, kolorowy opłatek. Ten gest do dziś kojarzy się z troską o stworzenia, które towarzyszą człowiekowi.

Sam opłatek wyrasta z tradycji chrześcijańskiej. Starsze wierzenia odnajdujemy w przekonaniu, że podanie zwierzętom świątecznego pokarmu mogło wpływać na ich zdrowie i płodność. Pokarm miał zabezpieczać zwierzęta przed chorobami i czarami, zapewniać im siłę, a gospodarzom pomyślną hodowlę. W niektórych przekazach krowom opłatek podawała kobieta, aby dobrze się chowały i dawały dużo mleka.

Chrześcijański znak dzielenia się chlebem spotkał się tu z ludową magią ochronną i hodowlaną. Świąteczne dobro miało objąć także oborę. Od zdrowia zwierząt zależało przecież wyżywienie rodziny i powodzenie gospodarstwa.

Obok tego istniała zaduszna warstwa wierzeń. Symboliczne zapraszanie zwierząt na wieczerzę etnografowie łączą również z przywoływaniem zmarłych. Wigilijny krąg obejmował domowników, zwierzęta i niewidzialnych gości.

Z tej samej niezwykłej nocy znamy opowieść o zwierzętach przemawiających ludzkim głosem. Na kilka godzin zwykła hierarchia świata przestawała obowiązywać. Człowiek miał podzielić się jedzeniem, a potem uważniej słuchać tych, którzy przez cały rok pozostawali niemi.

Dlaczego dawne wierzenia tak dobrze przetrwały święta?

Zwyczaj można przekazać bez długiego objaśnienia. Wystarczy pokazać dziecku, gdzie położyć siano, który talerz zostawić wolny i dlaczego jemioła ma zawisnąć nad drzwiami. Z czasem zapamiętany gest staje się czymś, bez czego trudno wyobrazić sobie święta.

W tej siódemce stale powracają sprawy najbardziej podstawowe. Żeby nie zabrakło jedzenia. Żeby dom był bezpieczny. Żeby bliscy pozostali z nami. Dawne obrzędy dotykały tych samych pragnień, które przynosimy dzisiaj do wigilijnego stołu.

Właśnie dlatego nie widzę w tych tradycjach zakurzonych resztek przeszłości. Widzę gesty, które kolejne pokolenia uznawały za warte powtórzenia. Nadawały im nowe znaczenia, zachowując miejsce przy stole, garść siana i zieloną gałąź.

Kiedy więc w Wigilię spojrzysz na dodatkowy talerz, możesz pomyśleć o gościu, który dopiero zapuka. A potem o kimś, kto od dawna nie musi pukać, żeby znów znaleźć się w Twoim domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *